2009-08-24
Reasumując ...
Szrenica 07-2007
Zostało już zaledwie kilka godzin. Nie zdarzy się cud, nie liczę na to, że nagle wskoczymy do pierwszej trójki. Nic ponad to co już się stało, stać się nie może. I za to właśnie dziękujemy!!! Za wiarę, motywację, dobre słowo, zainteresowanie.
Jeśli nasze losy Was zainteresowały, zapraszamy na strony, na których dzielimy się naszą pasją:
www.dzieci.pascal.pl gdzie publikujemy nasze wrażenia z odbytych wyjazdów na stronie Wydawcy Przewodników Pascal.
www.filowepodroze.pl strona, na której dzielimy się wszystkim. W domyśle, gdyż wciąż nad nią pracuję.
Zdaję sobie sprawę, że gdybyśmy pochwalili się trekkingiem na Annapurnę (8091 m.n.p.m. wśród szczytów świata zajmuje 10 miejsce pod względem wysokości), może zrobiłoby to wrażenie na wszystkich. A tak ... nasze podróżowanie robi wrażenie na najbliższych. Ale jeśli dzięki temu konkursowi, ktoś z Was zdecyduje się ruszyć z miejsca ze swoim dzieckiem poczujemy się wygrani. Jeśli jakaś samotna mama zacznie rozważać, że to nie jest zły pomysł - jesteśmy wygrani podwójnie.
Życzymy powodzenia i sukcesów wszystkim, którzy oddawali na nas głosy.
Pierwszej trójce gratulujemy.
2009-08-20
Reasumując
Głosowanie powoli dobiega końca ... a ja zastanawiam się na ile Filip moimi słowami Wam przypadł do gustu.
Co jest takiego w 5 letnim chłopcu, co pozwala jego matce brać udział w konkursie dla niepokonanych, z nadzieją, że wygra? Bo o to tu chodzi, o wygraną ... bez znaczenia są miejsca, trofea, ale sukces. Dla każdego inny. Więc co? Niepokonani to ludzie z pasją. Do sportów ekstremalnych, do pomagania innym, do fotografowania, do rysowania/malowania/śpiewania, etc ...
My nie mamy póki co odkrytych talentów własnych, prócz umiejętności samodzielnego organizowania sobie wyjazdów. Ale to rzecz nabyta. Za to mamy pasję. Filip ją ma za nas dwoje.
Znacie przedszkolaka, którego tak mocno ciągnie w świat? Który widząc rozłożony na matczynych kolanach atlas woła „O nie! Miałaś nie planować beze mnie!”(a ja tylko sprawdzałam gdzie przebiega granica Alaski). Chłopca, który najbardziej się martwi, że mama mogłaby podróżować bez niego? (obawa zupełnie bezpodstawna, bo powtarzam „dzieciowi” co i rusz, że bez niego nigdzie nie jadę). 5 latka, który na wieść, że mam dla niego niespodziankę pyta „jedziemy w góry !?!” (a to był rozczarowujący bilet do kina na „Kota w butach”).
Chłopca, którego urzeka żywy obraz. Nie kino a teatr. Uliczni grajkowie, których najchętniej zabrałby wszystkich do domu. Do końca życia zapamiętam spacer Piotrkowską (wracaliśmy z muzeum, spacer główną ulicą miasta nie jest preferowaną przez nas formą rozrywki) kiedy z daleka już usłyszeliśmy Czajkowskiego granego przez dwóch Rosjan. O ile sie nie mylę instrumenty to: kontrabas i skrzypce. Filip biegł całą drogę, zatrzymywał się tylko przed bramami, żeby rozejrzeć się czy nie wyjeżdża z niej jakiś samochód, ale generalnie tempo narzucił ostre. Miał wtedy 3 lata.
Nagle stanął. Tak jak szybko biegł, tak samo nagle się zatrzymał. Na środku chodnika. Nie zwracając uwagi na ludzi wokół. Z rączkami uniesionymi do góry (były w fazie ruchu imitującego wycieraczki samochodowe). Zaczarowała go ta muzyka. Piesi mijający go spoglądali z uśmiechem, bo to był przecudny obrazek. Mały Człowiek z tak wielkim zasłuchaniem. Z taką powagą na twarzy. To była ruchliwa ulica, taksówki, riksze, piesi, rowerzyści. Ale nic wtedy nie miało znaczenia, tylko ta muzyka. Wzięłam w końcu Pachole na kolana, usiadłam na murku i patrzyłam na tego mojego synka ze wzruszeniem.
W kinie po 40 minutach seansu pyta: mogę juz pobiegać? W teatrze siedzi do końca, marudząc po co przerwa.
W domu się kłócimy. Młodego człowieka rozpiera energia, kumulują się nastroje, a ja mam zupełnie inny temperament. Nie myślcie sobie, że to dziecko takie żywe po mamusi. Mamusia nie lubi plażować, ale przysiąść przed telewizorem na kanapie to już chętnie. Ale bo to ja mam szansę? Więc muszę się sprężyć, dogonić to moje szczęście.
Najczęściej na naszych zdjęciach widać Filipa w drodze. Daleko przede mną. To jest motyw przewodni naszych fotografii. Dlaczego? No właśnie dlatego .... próbując dorównać kroku Małemu Turyście, zawsze zostaję w tyle.
Dlatego tak bardzo lubimy jeździć w góry. Filip jest zdyscyplinowanym turystą. Wie jakim szlakiem idziemy, na rozwidleniach przystaje by spytać, którędy dalej (jeśli nie zna drogi, bo jeśli ma ją już za sobą, nie zatrzyma się. Lubi czuć się w górach jak we własnym domu). Zna zasady najprostsze :idziemy prawą stroną; zanim postawisz prawą nogę, pomyśl gdzie za chwilę stanie lewa; witamy się na szlaku (z tym bywa różnie, choć w tym roku padło pierwsze dumne „dzień dobry” po niemiecku). Takie zasady akceptuje, bo w niczym nie ograniczają one jego wolności.
Ale miasta sie bałam. I to długo. Że się zgubi, że ktoś porwie (to nie jest zabawne, ja taka właśnie histeryczka jestem), że potrąci kogoś, lub ktoś jego, że samochody, bo twardy chodnik, o matko ... dużo tych strachów miałam.
Póki nie pojechaliśmy do Paryża. Tam jakimś cudem złaziliśmy kawał miasta, spędziliśmy dwa szalone dni w zatłoczonym Parku i choć czułam, że to nie jest to co góry, dziecku się bardzo podobało. Kiedy spytałam czy woli zwiedzać stolice europejskie, czy jednak Karkonosze, usłyszałam: góry, ale miasta też, tylko później.
Kiedy padła idea Egiptu ... Filip natychmiast zastrzegł, że najpierw Szkocja i potwór.
Czy taki Filip, który samodzielnie zdobywa szczyty do 1200 m.n.p.m. (póki co!) ma szansę z himalaistami, ptakami skaczącymi z samolotów kilka km nad ziemią, podróżnikami odkrywającymi najdziksze zakątki świata, albo po prostu te najodleglejsze? Nie wiem. Czasem sobie myślę, że dorosły człowiek już wie czego chce. Poznał różne smaki, a teraz chciałby spróbować oryginalnego curry. Więc wsiada w samolot i leci do Indii. A co ma zrobić taki Filip? Taki Filip zawoła: kobieto! Widziałaś jaka dżungla? Jedziemy tam!
Na szczęście nie muszę się pakować w tej chwili, natychmiast. Na szczęście moje dziecko wie, że najpierw trzeba sie trochę natrudzić, żeby spełnić marzenia.
Dziś przeglądając atlas świata Małego Turysty pokazywałam dziecku trasę z Bergen do Nordkapp (Norwegia). W miejscu, w którym ta trasa się kończyła mój palec wskazał Laponię. Nieopatrznie rzekłam : o! To tu mieszka święty Mikołaj! Usłyszałam :”pojedziemy tam?”. Ostatnio taki dialog padł w październiku 2008 podczas wspólnego oglądania na Discovery spaceru po Paryżu w telewizyjnej serii o europejskich miastach:
Ja: a wiesz Filuś, że to tam mieszka Myszka Miki i jej przyjaciele?
F: naprawdę? Oni tam mieszkają?
Ja: no jasne, w Disneylandzie.
I się zaczęło. 5 miesięcy później już tam byliśmy.
A teraz patrzę na nasz spakowany plecak. Jutro jedziemy do Krakowa.
Uwierzcie mi, że uwielbiam pasję mojego dziecka. Ten zapał i iskry w oczach na wieść, że się pakujemy i jedziemy. Ta ciekawość co tam będzie, co nas spotka. Filip zawsze bierze udział w przygotowaniach. Opowiadam jakie są atrakcje, a on je albo akceptuje, albo szukamy dalej.
Już niedługo ukaże sie na stronie www.dzieci.pascal.pl druga część naszej relacji z Disneylandu. Póki co, zajrzyjcie, zobaczcie. Kilka naszych wypadów opisanych. Miłej lektury.
Dziś załączam zdjęcia z serii "zaduma". Bo są takie chwile w zyciu Małego Turysty, które nie pozwalają płynąć słowom ani myślą. Jest tylko zapatrzenie. Obiekty powodujące zamyślenie bywają przeróżne.
2009-08-19
Wielbłądy, piramidy, kupa piachu ... góry też będą!
Od dwóch dni gryzę się okrutnie, jak ja to zrobię... Jak powiem Małemu Turyście, że Egipt może być przygodą, zwiedzimy zabytki, ale poza tym, to „plaża kochany”. Nienawidzę plażowania. Szczerze, z całego serca. Raz byłam na Teneryfie i wiem, że zwiedzanie hotelowych basenów to nie mój żywioł. A kiedy zamknę oczy, widzę siebie ogarniającą nad brzegiem morza tobołki jednym okiem, a drugim śledząc trajektorię lotu Małego Turysty. Bo, że nie usiedzi na miejscu nawet mili sekundy, tego jestem pewna.
Od Ani (mama Przyjaciela Małego Turysty) taty usłyszałam wczoraj: „żywy ten pani synek, pani Asiu”. Stwierdzenie to padło po 5 minutach wizyty. Co na to „Pani Asia”? Hmm ... nigdy nie wiem co powiedzieć w takiej chwili. Dla mnie to codzienność, coś tak powszedniego jak świeży chleb z masłem. A zarazem tak smakowitego.
Najbardziej martwię się o moje dziecko, kiedy siedzi w pokoju obok a ja jedyne co słyszę to cisza. Nie gadanina bez końca (do samego siebie też lubi), nie dudnienie Filipa skaczącego z mebla na mebel, a cisza. To rodzi niepokój. W takiej chwili jedyna słuszna reakcja to natychmiastowa wizyta u Młodego Człowieka. A w chwilach kiedy mówi: „ubierz mnie w piżamkę” (za oknem wciąż biały dzień), albo zasypia tuż po obiedzie, to znak, że chory. Nie muszę sprawdzać temperatury, oglądać gardła.
Kilka tygodni temu, w bardzo leniwą niedzielę, dziecko wyciągnęło mnie na rower. Kiedy po 3 godzinach na horyzoncie zobaczyliśmy już majaczące osiedle orzekł: „wiesz, kiedy wrócimy do domu, ubiorę sie w piżamkę, a ty się mną zaopiekujesz” . Myślę sobie, zmęczyłam Filipa! Mój triumf był bardzo pozorny. Zanim wnieśliśmy rowery na klatkę schodową Pacholę miało już plan na pozostałe 1,5 godziny. Zmęczyć matkę.
Więc co zrobić z resztą dnia, która zostanie po obejrzeniu „żelaznych” atrakcji?
Szukałam, szukałam i ... znalazłam ... Atbaj.
Dzięki Filipowi odkryłam w sobie pewną niezłomność w dążeniu do celu. Myślicie, że gdyby nie Filip wiedziałabym jak nazywa się górskie pasmo Egiptu? W życiu!
Otóż Atbaj to inne góry, inne nawet od tych na Krecie. Pomijając ich budulec, podatność na korozje (wietrzenia) oraz kolor, należy przede wszystkim zwrócić uwagę na ich położenie.
Z jednej strony graniczą z Morzem Czerwonym, z drugiej z Saharą.
Ich najwyższym szczytem jest Dżabal Szaib al-Banat 2187 m.n.p.m.(po stronie Egipskiej, pozostałe dwa najwyższe szczyty znajdują się na terytorium Sudanu). Szczyt ten należy do korony Afryki, jako najwyższy w Afrykańskiej części Egiptu. Wyższa od niego jest tylko Góra Świętej Katarzyny, na Półwyspie Synaj (2637) gdzie tradycyjnie turyści wspinają się nocą, by na szczyt dotrzeć o wschodzie słońca.
Atbaj to masyw górski, który rozciąga się wzdłuż Morza Czerwonego na długości ok. 1000 km. Nie, nie martwcie się... Aż tak spragnieni przygód nie jesteśmy. Chociaż ... nie ma przecież rzeczy niemożliwych ...
Do dzisiejszego odcinka dołączam zdjęcia z serii: dziecko. Bo mój syn,mimo tego, że jest podróżniczym zapaleńcem, jest przede wszystkim DZIECKIEM.
2009-08-18
W drogę ... ( ... Egipt).
&nbssp;Kilka miesięcy temu po raz pierwszy padło hasło: EGIPT. Mały Turysta obejrzał bajkę (Scooby Doo) o tematyce pustynnej. Później była gra w płatkach śniadaniowych. A w następnej kolejności program na National Geographic. Kilka razy usłyszałam słowa klucze: piramida, pustynia, wielbłąd. Nie ekscytowałam się tak bardzo jak moje dziecko, pokazałam na mapie gdzie się ów Egipt znajduje.
Kiedy w ubiegłym tygodniu przeglądałam Travelera Filipa urzekła relacja i fotografie tam zamieszczone. Wrócił temat „największej piaskownicy” i wielbłądów. Szczęśliwym trafem wpadła mi w ręce ulotka zoo safari niedaleko Łodzi, gdzie za 10,00 zł. można było skorzystać z tej niewątpliwej atrakcji jaką jest przejażdżka na dwugarbnym rumaku.
Sam wypad do zoo safari okazał się porażką, jak tylko dojdzie do skutku publikacja artykułu, podam Wam link. Generalnie żaden zwierz egzotyczny nie poniósł na swym grzbiecie Filipa. Wychodząc pytam „i co my teraz z tym wielbłądem zrobimy?”, Filip: „No nic, musimy jechać do Egiptu”. Nie ma rzeczy niemożliwych.
Dziś jadąc w odwiedziny do Przyjaciela Małego Turysty mijaliśmy pola, lasy i pejzaże Wzniesień Łódzkich. Nagle z tylnego fotela padł tekst „Wiesz mama, my wcale nie musimy PKS 'em jeździć w nasze góry. Możemy tam dojść, na nogach”. Dopytałam, czy na własnych nogach? Okazało się, że tak dokładnie zrozumieć miałam, jak zostało to powiedziane. Jedyne co mi pozostało to przyznać „Jasne synku, z Tobą wszystko. Wszystko jest możliwe”.
Filip się nie bije. Jest małym przeciwnikiem agresji. Kiedy zaznaje jej ze strony rówieśników, płacze. Są to łzy rozżalenia, wielkiego smutku i rozczarowania. Bo Filip wie, że można inaczej. Sam nie jest łatwym kompanem zabaw. Jest autorytatywny, prowadzi całą kompanię ścieżką przez siebie wybraną. Ale może doświadczenia ze szlaków dają mu takie prawo? Jest pewny siebie i otwarty na pozytywnych ludzi. Intuicyjnie wyczuwa tych ze złą aurą. Smutną aurę stara się rozproszyć. Nie toleruje ludzi, którzy nie chcą go zrozumieć. Uwielbia tych, którzy podejmują próbę dostania się do Małego „ja”.
I coraz częściej myślę, że to jest sekret naszych wojaży. Jeździmy zazwyczaj w miejsca, gdzie nie ma tłumów. Gdzie człowiek stojąc obok drugiego, obcego człowieka, potrafi powiedzieć dobre słowo. Jeden uśmiech i „cześć, dzień dobry, hej, ahoj” na szlaku dają poczucie, że jest to wyjątkowy i inny świat.
W tym roku, podczas „spacerów” po Karkonoszach trafiliśmy do owianego złą sławą Schroniska Odrodzenie (Przełęcz Karkonoska). Nastali nowi właściciele, nowe rządy. To miejsce przypomina wrzący kocioł. Warzy się w nim wielki zapał, z nieskończenie wielką pasją do gór, przyprawiony dużą dawką pozytywnych wibracji.
Pani Maria, mama nowego właściciela, spytała mnie ”a ty wiesz kobieto czym się kończy takie samotne łażenie z dzieckiem po górach?”, czym? Spytałam. „Jak ja tak z moim chodziłam odkąd skończył 4 lata, to teraz sobie schronisko kupił!”.
Nie wiem czy Filip kupi sobie schronisko za 20-30 lat. Póki co, zapowiedział, że w przyszłym roku jedzie na staż do kuchni w Samotni.
Ciągnie Małego Turystę w góry. Coraz bardziej świadomie. W złości wykrzykuje „nie będę już z tobą jeździł w góry!”, ale kiedy mówię, no trudno, pojadę sama... zaraz słyszę „Sama nie możesz!”. Raduje mnie mój Niepokonany. Jego wola poznawania, umiejętność znajdowania wielkich radości w małych rzeczach.
Kilka tygodni temu wracając od dziadka jechaliśmy za strażą pożarną, która jechała na sygnale. Dziś wracając, ciągneliśmy się za karetką pogotowia (bez sygnału). Abstrahując od czyichś nieszczęść, usłyszałam : my to mamuśka ciągle mamy jakieś przygody. Jak nie straż, to pogotowie.
Mały żółty kamień znaleziony w okolicach piaskownicy ma na imię „wyjątkowy diament”. Plakietka za 2,50 (PLN) z wycieczki do Muzeum Kolejki Wąskotorowej ma tak wielkie znaczenie, że Filip sie nigdzie bez niej nie rusza. Nie może też zostać sama w samochodzie, bo tam nikt przecież o nią nie zadba.
Drobiazgi, maleńkości, nieznaczności. Dla Was to nic. Dla nas to pamiątki z podróży.
Bo nawet rowerowa wycieczka do lasu jest wielką wyprawą w nieznane. Nigdy nie wiadomo, którą drogę przetnie Wam wybiegająca nagle z krzaków sarna.
Dlaczego marzą się Małemu Turyście podróże dalekie? Egzotyczne? Bo chce poznawać! Nie szczyt jest celem, a droga. To co przeżywamy podczas podróży jest najpiękniejsze. Odkrywamy siebie wzajemnie i poznajemy nowe, codzienne.
Mały Turysta choć zna pojęcie mapy, atlasu, globusa, nie zna pojęcia granicy. Jego nic nie ogranicza. Wszystko sprowadza się do pytania”tam się leci, czy jedzie? A jak długo?”.
I niech tak zostanie. Jak najdłużej.
Jako bardzo Mały Człowiek, jeszcze nie Turysta, odwiedził kilka razy Kraków. Dziadek zabierał nas na wycieczki. Jak tylko zostaliśmy szczęśliwymi posiadaczami 4 kółek, zapowiedziałam, że może wybrać miejsce. Kraków. Bo nie odwiedziliśmy go jeszcze we dwoje. A tylko takie poznawanie ma znaczenie ... jak się okazuje.
Zarażamy Was sobą, co jest cudowne. Słyszę: „następnym razem jak będziecie koniecznie musimy się spotkać”, „chętnie byśmy się z wami wybrali”. A my? A my jeździmy by pobyć ze sobą. Więc nie miejcie nam za złe, że o naszych wypadach czytacie, że ich z nami nie przeżywacie.
2009-08-12
"Great Glen"
Ten paluszek zawsze wskazuje ku górze (Paryż,marzec 2009)
" Wielki Wąwóz" to uskok tektoniczny, którego początkiem jest Fort William a końcem Inverness. Długa trasa w samym sercu Szkocji. 117 kilometrów pięknych widoków.
Zaczynamy od Edynburga, skąd pociągiem lub autobusem docieramy do Fort William. Rano ruszamy na szlak The Great Glen (Way Long Distance Route). Trasa podzielona jest na 6 odcinków o różnym dystansie, od 12,8 (najkrótszy) do 28,8 (najdłuższy). Nam się nie spieszy. Zrobimy więcej przystanków.
(dzień 2) Fort William – Banavie. Pierwsza trasa to będzie ok 6,5 km. Bez pośpiechu. Musimy sensownie rozkładać siły. Po dojściu do Banavie relaks i wczesny spoczynek, by rano ruszyć dalej.
(dzień 3) Banavie – Gairlochy , ok. 10,5 km. W tym miejscu znajduje sie „oficjalny przystanek”, tym samym pierwszą część trasy rozłożyliśmy na dwie raty.
(dzień 4 i 5) Gairlochy – South Laggan 19,3 km. Wiem ... jestem w trakcie poszukiwania noclegu na trasie. Liczymy na ten odcinek 2 dni.
(dzień 6) South Laggan – Aberchalder ok. 8,8 km.
(dzień 7 i 8) Aberchalder – Fort August 8 km. Tu robimy 1 dniowy postój dla zwiedzenia okolicy i większej regeneracji. Mamy za sobą ponad 53 km. Połowa droga za nami. A przed nami nieco trudniejszy szlak.
(dzień 9) Fort August – Invermoriston 12,8 km. Myślę, że pokrzepieni odpoczynkiem damy radę. W tym roku w Karkonoszach robiliśmy średnio 10 km w 5 godzin. Przy fatalnej pogodzie i ciągłej różnicy wzniesień. Bywało, że mijaliśmy 3-4 szczyty. Nie znam jeszcze dokładnej topografii Glen Way. Uczę się tej trasy. Pewnie jeszcze wiele rzeczy odkryje po drodze. Ale ... nie ustając w wędrówce zmierzamy do ...
(dzień 10) Invermoriston – Alltshig 6,4 km.
(dzień 11) Alltshig – Drumnadrochit 16 km.
(dzień 12) Drumnadrochit – Abriachan 11,2 km
(dzień 13) Abriachan – Inverness 17,6 km, tę część trasy myślę Filip mógłby przebiec, gdyż jest to ostatni odcinek, po którym czekać na niego będzie Potwór z Loch Ness. Odwiedzimy go już następnego dnia.
Długie trasy, piękne widokowo, planuję je na czerwiec 2009. Doprecyzować muszę tylko atrakcje na poszczególnych trasach. Noclegi. Ponieważ każdą niemalże noc spędzać będziemy w innym miejscu, musze również dokonać rezerwacji. Dużo planowania przed nami, ale też i dużo czasu.
W Inverness zostaniemy dwa długie leniwe dni. Następnie wrócimy do Edynburga, gdzie pospacerujemy po ulicach miasta (dla odmiany). I powrót do domu.
Jedno marzenie, jeden długi szlak, jeden długi urlop, szóste urodziny i nas dwoje.
Jak wygląda Glen Way? Kliknijcie TUTAJ (link otwiera prezentację fauny wąwozu. W lewym dolnym rogu jest mały kwadrat w krtakę, kliknijcie i wybierzcie prezentację widoków lub poczekajcie, ąz obrazy same się zmienią).
2009-08-12
"wpisz kod z obrazka"
By wpisać jeden kod należy uzbroić się w anielską cierpliwość. Jeśli się to już uda, należy, dla zdrowia psychicznego, udać się na 1,5 godzinną sesję yogi. Najczęstsze problemy:
1. wpisanie prawidłowego kodu, bo bywa, że jest on nad wyraz wyraźny. Następnie odrzucenie go przez sytem jako nieprawidłowy (sic!)
2. brak 4 znakowego kodu, w ramach próby niezłomności Waszego charakteru, pojawia się czerwony krzyżyk w ramce. I ramka i krzyżyk ładne, ale brak znaków potrafi podnieść cisnienie. Odświeżamy stronę ...
3. Nieczytelne znaki. Czemu to ma służyć? Nie widzę by statystyka głosujących sie drastycznie zmniejszyła, a ja mogę stracić przyjaciół! Nie mówiąc o rodzinie, która za karę nie wpuści mnie na niedzielny obiad.
Podziwiam Was kochani za determinację.
Podziwiam też Niepokonanych z pierwszej strony rankingu.
2009-08-09
Zwolnijcie na chwilę ...
Zacznijcie od kliknięcia
TU. Już? Zatem ... teraz ... jak to się stało, że Filip wędruje: kliknij i poznaj (strona 39, Zalew Art, nr 34, Styczeń 2009)